Open top menu
piątek, 4 lipca 2014

Nie mogę zasnąć... chociaż w bezpośrednim sąsiedztwie jest tylko jeden dom i o północy jest tutaj całkowita cisza to dzisiaj słychać szczekające psy z okolicznych wiosek... co chwila chłodny podmuch wpada przez uchylone okno... wszyscy już chrapią... zamykam oczy i nagle czuję się jakbym przeniosła się w czasie...


 Poczułam się tak samo jak dawno dawno temu u mojej babci... chwila ta jest tak błoga, że staram się w niej zatracić by na chwilę poczuć się tak ja wtedy... głeboki wdech i już jestem w Białowieży... w pokoju na piętrze gdzie stoją dwa duże łóżka i półko-tapczan...w końcu wciąż jest tam tylu gości... teraz jestem tylko ja... śpię na łóżku obok okna.... i słyszę te psy, czuję wiatr wdzierający się między firanka a ciężką zasłoną... na łóżku z drugiej strony pokoju śpi babcia... dziadek w pokoiku obok bo kto wytrzymałaby takie chrapanie... ciężka pierzasta pierzyna w wykrochamlonej poszewce.... tak mnie strasznie denerwuje, że czuję się jakbym spała pod kartonem... jutro babcia da mi taką świeżo upraną bez krochamalu...nie zdążyła przygotować.... jak co roku zwaliłam się z 4 walizkami już w dzień zakończenia roku szkolnego... jest rano a właściwie już przed-południe... dzwonek do drzwi...

wyglądam przez okno i widzę moich przyjaciół...zwarci i gotowi na kolejny aktywny dzień a ja w pościeli.... zbiegam ile tchu po schodach wyłożonych zielona wykładziną przypominającą trawę... wbiegam do kuchni...zapach świeżej kawy zbożowej, zupy mlecznej, pszenny chleb i konfitura...zajadam jak szalona...Chwila w łazience i wybiegam do przyjaciół...

Najpierw krótka debata i plan na cały dzień...jezioro nad które zabieram świeżo upieczone ciasto drożdżowe i zimną herbatę z cytryną.... po obiedzie idziemy do lasu po chrust na ognisko, przy okazji zbieramy kurki, gonimy się i wymyślamy setki niestworzonych historii, wieczorem babcia robi dla nas jajecznicę z kurkami a potem idziemy na "działki" spędzić resztki cudownego dnia przy ognisku... opowiadamy historie śmieszne i straszne... gramy w butelkę... w karty... śpiewamy, w drodze powrotnej zjadamy śliwki z drzew sąsiada... jeszcze chwilę siedzimy przy kominie obok bloków.... jest grubo po północy ale nikt sie o dzieci nie boi... noce są tak ciepłe - słyszę nawoływania babci... czas do domu..

I znowu leżę i czuje podmuch wiatru... słyszę szczekające psy - ooo pościel już bez krochmalu - kochana babcia... zapadam w głeboki sen a myśl, że tak wspaniale będą wyglądać całe dwa miesiące wakacji powoduje, że zasypiam z uśmiechem na ustach...

Budzę się starsza o prawie 20 lat... w swoim domu... z mężem i dwójką dzieci...
Pierwsza myśl - te beztroskie chwile już nigdy nie wrócą...
Druga myśl - szkoda, że moje dzieci nie będą miały takiego miejsca, takiego azylu gdzie będą uciekać przed upierdliwymi rodzicami, gdzie znajdą szczerych prawdziwych przyjaciół bez telewizora, bez komputera, internetu... bez ciągłej kontroli i strachu... szkoda....









Tagged

6 komentarzy :

  1. Też wyjeżdżałam na wieś jako dziecko i mam podobne wspomnienia. Pachnące świeżo upieczonym chlebem, ciastem i mlekiem prosto od krowy :) nie mieliśmy komórek, internetu i byliśmy bardzo szczęśliwi. Były ogniska, rowerowe wycieczki i mnóstwo, mnóstwo pomysłów jak spędzić wolny czas. Ech.. szkoda..faktycznie szkoda, że nasze dzieci już czegoś takiego nie doświadczą...

    OdpowiedzUsuń
  2. Też często tęsknię za takim prostym życiem

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja co prawda nigdy nie wyjeżdżałam nigdy daleko, ale pamiętam zabawy na osiedlu, gdzie nikt nie myślał o komputerach i telewizji.

    OdpowiedzUsuń
  4. Racja, takie czasy już nie wrócą...

    OdpowiedzUsuń
  5. My mieliśmy fajniejsze, bardziej kreatywne dzieciństwo. BTW ,mała jest przeurocza <3

    OdpowiedzUsuń

.