Open top menu
wtorek, 17 czerwca 2014


A dzisiaj podróż iście sentymentalna. Spontaniczna decyzja wyjazdu z Mamalą i naszymi pociechami. Troje dzieci, nas dwie, samochód zapakowany po brzegi i jasny plan wycieczki. Wizyta w naszym raju na Ziemii czyli u babci w Charzykowach, potem Gdynia u naszej ukochanej kuzynki. Biorąc pod uwage upał i liczbę dzieci było mega intensywnie ;)



Wyjazd z domu jak zwykle z opóźnieniem bo okazało się, że przecież Milla nie ma stroju kapielowego, skończył się Aviomarin a po drodze trzeba jeszcze wysłać paczkę, kupić kawę w Mc-u i spalić papierosa co by jazda była dla mnie nieco lżejsza. Wyjeżdżamy z 2 godzinnym opóźnieniem, a że mam bzika na punkcie planu i zgodności działania z nim,w moja głowę wkradło się zdenerwowanie. Jednak Mamala rozładować napięcie potrafi momentalnie więc jedyne czego zaczęłam sie bać to tego by podczas drogi zbytnio się nie śmiać i nie walnąć w drzewo. Po drodze oczywiście traktory, walce, ruch wahadłowy, w Bydgoszczy jakieś remonty - wścieklik totalny. Telefon głęboko w torebce - takie miałam postanowienie odpocząć od komputerów, internetu, telefonów - udało się ;)  Pierwszy przystanek Stopka - uwielbiam to klimatyczne miejsce. Wielkie grille, pyszne świeże jedzenie, karczma, dziesiątki maszyn rolniczych, naczyń i przedmiotów pamiętających poprzednią epokę, rzeźby i powozy. Kiedy byłam mała stała tu mała budka z kiełbaskami z grilla -  z roku na rok przybywało maszyn i staroci a budka powiększała się - dzisiaj zawsze jest tu masa ludzi a wielu z nich nie wie jak to się zaczynało.
















Dalsza podróż, która mijała pod znakiem wspomnień i totalnej śmiechawki. Różnica wieku między nami wydaje sie być całkowicie zatarta. Pokonuję tę trasę od wczesnego dzieciństwa kilka razy do roku i mam okazję obserwować jak wszystko się zmienia. Zaczynając od samej drogi, która ponad 20 lat temu była wąziutka a po obu stronach rosły ogromne drzewa. Domy które mijamy w niczym nie przypominają już tych sprzed lat, nowe tynki, nowe dachówki, nowe okna i ludzie jacyś inni - młodzi....
Nie jadę nigdy szybko, jadę tak by móc delektować się mijanymi widokami i chłonąć je całą sobą. W Tucholi zbaczam z trasy by pojechać przez miejscowość, która była moim miejscem na Ziemii zanim pojawiły się w moim sercu  Charzykowy. Białowieża - moje kochane Bory Tucholskie. To rodzinna miejscowość mojego taty - po PGR-owska wieś - dla mnie najcudowniejsza na świecie. To tam niemalże od narodzin spędząłam całe wakacje, ferie, święta, weekendy - uciekałam kiedy tylko się dało. Tam miałam prawdziwych przyjaciół, tam były pierwsze imprezy, miłostki i pocałunki, tam działy się wszystkie ważne rzeczy mojego dziecięcego i nastoletniego życia. To tam dojrzewałam i uczyłam się życia - to mój taki drugi dom choć czasem myślę, że pierwszy.... Prawie 10 lat temu moja babcia zmieniła swoje miejsce zamieszkania i od tej pory to Charzykowy były moje ucieczką przed miejskim zgiełkiem jednak chyba nic nie pobije mojego sentymentu do Białowieży... Chciałabym móc tam wracać...













Przed Chojnicami znowu objazdy, dzieci zaczynają się niecierpliwić - jesteśmy na miejscu - przyjemnie... U babci czeka na nas pyszny gorący obiad z kompotem i całymi pokładami miłości... Rozmowy, wpsomnienia, smiech i trochę łez...łez radości... babcia i dziadek zawsze są wzruszeni kiedy widzą prawnuki. Dziadek jest jakiś nieobecny, smutny - mówi, że to przez rozdarte spodnie ale ja widzę coś innego... widzę jak bardzo się boi, że kolejnego razu może nie być... ja też się boję dlatego wyłączam te myśli... Pyszny domowy deser a potem idziemy na spacer... kocham spacery to już wiecie ale tam są one jeszcze piękniejsze... Kacper psoci się Milli i koniecznie chce odwiedzić  "Małpi Gaj"  - kamień z serca - jest środek tygodnia i przed sezonem więc większość atrakcji jeszcze zamknięta (nie lubię tego zgeiłku, choć tutaj jest tego mało na szczęście). Znajdujemy kilka automatów - miączenie Kacpra i Milli jest nie do zniesienia - ok niech będzie... w końcu to tylko chwila a potem znowu pójdziemy na spacer brzegiem jeziora... o tak pamiętam jak kiedyś całowałam się na molo z chłopakiem, który przyjechał na wakacje z Gniewu... mam gdzieś jeszcze list od niego... och ten mój sentymentalizm...





















































Kolacja, rozmowy i wieczorne zabawy w ogrodzie, zachodzące słońce i zraszacze to duet idealny ;) Poziomki wilgotne jak od porannej rosy....  Uwielbiam patrzeć na radość babci - uwielbiam kiedy mnie przytula. Kiedy dzieci w końcu padają siedzimy przed tv gadając o wszystkim i o niczym, o naszym niesfornym dziecińśtwie i rodzinnych zjazdach. Mam 30 lat i leżę z głową na kolanach babci, która gładzi mnie po ramieniu... czuję się tak bezpiecznie.... łzy napływają mi do oczu...znów jestem dzieckiem..



















Wyjeżdżamy w kierunku 3-miasta. Pierwszy raz jadę tą drogą ale jest dobrze, dzieci pozasypiały... rozmawiamy z Alą jakby mniej...ja rozmyślam o babci i dziadku... o tym ile razy dane będzie mi jeszcze się do nich przytulać...moje myśli mnie kiedyś zabiją.... droga mija szybko... Ania jest częścią moich wspomnień o Białowieży... choć bywała tam mniej niż ja wpisała się w masę ważnych wydarzeń... Teraz też jest mamą i tak samo jak ja chętnie powraca myślami do Białowieskich czasów. Szybko opuszczamy mieszkanie by cały dzień spędzić nad samym morzem. Jest cudownie...choć momentami nasze marudzące pociechy wzmagają moją irytację do granic możliwości. Milla i Tosia... czy będą kiedy robić to co my z Anią ;) No tak jest jeszcze Ala i Polcia a za oceanem nasza ukochana Gosia niedawno urodziła Matyldę - cholera kiedy my się razem wszytskie spotkamy? Kacper nie zabrał kapielówek (później okazało się, że były ale na dnie torby), ja zabrałam jedne spodnie, które poplamiła mi Milla przy jedzeniu, w dodatku mój strój z zeszłego roku okazał się kompletnym niewypałem, tak schudłam wszędzie :( Pozostalo mi paradowanie w gaciach od tegoż stroju i bluzeczce - ale to nic... wiatr nad morzem jest tak cholernie przyjemny.... nie mam nawet ochoty zapalić.. chwilami zatapiam się w rozmyślaniach o swoim życiu...chyba nie jestem spokojnym duchem...














Obiad, plac zabaw, lody i spacer... a wieczorem a właściwie już nocą (trochę zeszło zanim cała 4 poszła spać) zasiadłyśmy na balkonie  z piwkiem, chipsami i gadałyśmy o niesprawiedliwościach tego świata, zazdrosnych zołzach i brzydkich ludziach....tak my...wiecznie piękne i młode :P



















Z samego ranka pakowanie - tak to dzień wyjazdu.... zakupy w Gdyńskim Klifie i spacer w Gdyni-Orłowo... i ta nieszczęsna pizza - po której to prawdopodobnie strułyśmy się jak koty...ale nie ważne...chyba było warto....






Powrót... zamiast 2,5 h jedziemy 4... zatrucie, zły zjazd z autostrady buuuuu.... zmęczenie mnie położyło bez obejrzenia zdjęć...a raczej mi się to nie zdarza ;) wstalam wzięłam wycieczkowy aparat i stwierdziłam, że dla takich chwil warto żyć, warto się męczyć i nawet czasem warto się struć....

Tagged

8 komentarzy :

  1. Piękne zdjęcia, pełne emocji... Szkoda, że ja nie mam siostry ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. zaczytałam się w Waszych wspomnieniach

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyta się jak ulubioną książkę....

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję za ciepłe słowa... pisane prosto z serca... :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Mega pozytywny wypad :)
    Uwielbiam takie :)
    Radość eksploduje z tych zdjęć :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękne zdjęcia! No i widać ,że relacje siostrzane bardzo, bardzo pozytywne ;)

    OdpowiedzUsuń

.