Open top menu
czwartek, 13 lutego 2014

Każdy z nas ma coś co jest dla niego w życiu ważne...

Rodzina - zawsze była dla mnie bardzo ważna... dla nich mogłam udawać tylko po to by móc sprawić im radość. Pamiętam jak niejednokrotnie dostawałam od babci bluzkę czy inny ciuch (kompletnie nie w moim typie) - Uśmiechałam się szeroko i przytulałam babcię dziękując jej i zaraz zakładałam "perełkę" na siebie - w jej oczach radość nie do opisania, szczęście...uwielbiam jak jest szczęśliwa... Nie jestem fałszywa, nieszczera  czy obłudna - po prostu czasem wystarczy się uśmiechnąć zamiast bombardować bliskich niepotrzebna szczerością w sprawach tak na prawdę błahych.
Rodzina... nie wyparłabym się jej dla obcych, nie oddała nikomu, żadnego wspomnienia, żadnej chwili - ani złej a tym bardziej dobrej.
Najpiękniejsze kiedy można być razem...
Spacery...
Kocham spacery...



Lata '80, niedziela idziemy ulicą Toruńską w stronę kościoła NMP. Mama przerażona tym, że nie mam nawet 5 lat a nie chcę złapać jej za rękę. Biegam od krawędzi do krawędzi chodnika, przeskakuję z krawężnika na krawężnik. Po drodze zaliczam murek, górkę, krzaki i drzewo. Dziura w rajstopach, brudne lakierki - "matko boska jak ty się zachowujesz, przecież jesteś dziewczynką" - nie słucham, chyba zawsze posiadałam więcej cech męskich ;) W kościele wytrzymywałam 15 minut - siku, kupę, pić, jeść, zmęczona... milion wymówek, przebieranie nogami - udało się wygrałam wychodzimy z kościoła na długi spacer. Znów ulica Toruńska i strach w oczach mamy, idziemy w kierunku ulicy NMP - hurra, wiem już gdzie idziemy - będą lodyyy!!! Metalowy szyld  a na nim napis DONALD - najwspanialsze lody z automatu pod słońcem - dostaję małego - choć wtedy wydaje mi się taki ogromny. Jem podskakując " możesz chociaż na chwilę przestać?" - mój mózg nie rejestruje niczego poza chęcią poruszania moimi kończynami wszędzie i wciąż...
Kap, kap - "daj mi to" - mama zabiera loda oblizując go dookoła, nienawidzę tego i marzę o dniu kiedy to się skończy... Dziura w rajstopach, brudne buty, brudna buzia i ręce - szczęście... spacerkiem w stronę domu - starej kamienicy z jednym pokojem i kuchnią, kaflowym piecem i szaletem na podwórku. Po drodze plac zabaw, tak by dobrudzić się jeszcze trochę... kocham spacery

Lata 90' początek - są wakacje. Ja jak zwykle od najmłodszych lat spędzam je w Borach Tucholskich w małej po PGR-owskiej wiosce.... Kocham to miejsce, jest moim azylem, moją opoką. Spacer z babcią i owczarkiem niemieckim. Wabi się Rockie - miał być mój ale przeprowadzaliśmy się "na blok" więc wylądował u babci. Każdego po południa idziemy drogą w stronę lasu mijając domy, dwa niskie dwu-klatkowe bloki, staw i ogródki działkowe. Piaszczysta droga nie ułatwia, zamiatam stopami na wszystkie strony, zostawiając za sobą tumany kurzu. Biegam z psem po rżysku, które rani moje nogi, nie czuję tego, kocham to. W lesie szukam malin i jeżyn, objadam się do granic możliwości - mało kto przejmuje się wtedy kleszczami, biegam  na boso po mchu, leżę przy drzewie, przyglądam się owadom - cały czas mówię, bezustannie z moich ust wypływają miliony głosek, tworzących potok, lawinę słów i zdań... mało kto przy mnie wytrzymuje ale babcia zawsze ma tyle cierpliwości. Wracamy -  słońce oblewa złotem pola i korony drzew, ptaki najróżniejszych gatunków przekrzykują się w swoich ptasich kłótniach. Jesteśmy  w domu a jutro znowu czeka nas spacer tym razem w druga stronę...kocham spacery....

Lata '90 - Ferie zimowe znowu Bory Tucholskie. Przyjeżdżają Ania i Gosia - ukochane kuzynki. W porównaniu do mnie bywają tam rzadko i chyba nie mają nadpobudliwości psycho-ruchowej. Wymyśliłam kolejny fajny plan - robimy wyprawę Kamińskiego - na "parowy". Zabieramy ze sobą stare wiekowe sanki pamiętające pradziadka Bolka mieszkającego po drugiej stronie ulicy, są ogromne i ważą chyba tonę. Śniegu jest po pas, po szyję, w niektórych miejscach 2 metry. Tak jest większość zimy i nikt się nie bulwersuje w końcu "sorry, taki mamy klimat". Idziemy... tworzę iście filmowy scenariusz tragicznej wyprawy na biegun, wiatr i mróz smaga nasze twarze, marzną nam dłonie. Dziewczyny chcą wracać a ja chcę dojść do celu by zjechać z ogromnej góry. Ania potyka się i przewraca, brudzi kurtkę - wścieka się, kopie sanki "ale sobie wymyśliłaś wyprawę, jesteś nienormalna", chichoczę pod nosem ale zgadzam się na powrót, żeby się nie narazić starszej kuzynce. Przez dwie godziny się boczy a potem znowu się bardzo kochamy. Kocham spaceryyy...

Rok 2000  - odbieram 9 lat młodszą siostrę ze szkoły "szkoda na bilet, zróbmy sobie spacer" idziemy przez "zarwane" przy ogródkach działkowych. Ja - nastolatka z długimi nogami robiąca kroki jak w 7-milowych butach i moja 7 letnia siostrzyczka z ogromnym tornistrem. Mama zawsze niesie jej tornister, ja jestem twarda, niech uczy się życia. Idzie ze łzami w oczach potykając się o nierówny chodnik. Myślę sobie, że mi nikt plecaka nie nosił. BAM - płacz, Alicja leży z twarzą przy krawężniku ze zdartym czołem i nosem przygnieciona  plecakiem. Duża różnica wieku spowodowała, że w tamtym czasie nie często razem spacerowałyśmy - a ten jeden z nielicznych zakończył się właśnie tak. Nie ważne co się dzieje spacer zawsze łączy a jeśli zdarza się coś co pozwala o nim pamiętać..... Kocham spacery...

2004 - lipiec...idziemy z Tomkiem przez Solanki...spoglądamy na siebie nieśmiało...pierwsze tygodnie razem - wtedy nie przypuszczamy, że za 10 lat nadal będziemy razem. Trzymamy się za ręce rozmawiając o wszystkim i o niczym. Nic konkretnego, żadnych poważnych deklaracji, udajemy takich odpornych na miłość - jest lato to się bawimy a potem się zobaczy. Jakoś tak się złożyło, ja wkraczająca w dorosłość ze złamanym sercem i On dwa lata młodszy jeszcze przed maturą a dojrzalszy tysiące razy ode mnie - idziemy razem myśląc, że jakoś to lato wypada przeżyć. Pocałunki, śmiech i wino (wcale nie takie najtańsze). Zero gadania o przyszłości, liczy się to co jest w tej chwili.  Spacer jest tak długi, że odwiedziliśmy już każdy zakamarek parku. Pijemy piwo przy wałach fantazjując o byciu na największych rockowych koncertach. Zapada noc... wracamy...po tylu kilometrach nie czujemy zmęczenia, jesteśmy oczyszczeni i wcale nie myślimy, że za 10 lat nadal będziemy razem... Kocham spacery...

2014 - Niedziela - Solanki... do Kacpra przyjechał kuzyn Antoś więc nie zwraca uwagi na siostrę. Biegają i krzyczą jak wypuszczone z klatek dzikie zwierzęta. Wkurzam się... Milla wszystko chce "siama"... biegnie więc po błocie w białym płaszczyku...BAM... leży..kolana mokre, płaszczyk o dziwo prawie czysty.. a co tam, wypierze się... Jest ciepło, może nadchodzi już wiosna...chciałam się zrelaksować i pomyśleć o naszych spacerach sprzed prawie 10 lat... krzyki dzieci mi nie pozwalają...ale kocham te krzyki...kocham te spacery...moje potworki są czasem całkiem przyjazne..oddycham głęboko by nie wpaść w furię i nie wpakować ich do samochodu. Nie mogę się nadziwić..idę...tak jak wtedy ale starsza, mądrzejsza, żonata i dzieciata... myślę jeszcze przez chwilę... szczęśliwa... jak ja kocham spacery


































Tagged

1 komentarz :

.